poniedziałek, 27 lutego 2017

LONDA Professional dla włosów zniszczonych

LONDA

Czasem się zastanawiam po co mi tak długie włosy przy moim wiecznie rozbrykanym dziecku, które wymaga ode mnie uwagi prawie że 24/7... Piszę "prawie", bo czasem pójdzie na trochę spać, więc przecież wtedy mogę spokojnie zająć się swoją urodą... STOP!


Co ja piszę? Że niby mam czas na te maseczki, odżyweczki, masażyki, olejki??? Tsa... Jak Łukasz ma wolne to ale i owszem! Wtedy mam czas dla siebie!

No dobra... staram się ten czas mieć i jakoś tam te dwie godzinki "sama na sama" ze sobą mam, bo przecież wtedy można mieszkanie dokładniej ogarnąć, obiadów nagotować, prania porobić a i jakiś wspólny spacer do marketu zaliczyć by wypadało, bo lodówka zaczyna coś marnie wyglądać...

Taki to żywot matki jest ;) Ale i tak kochamy te nasze rozrabiające i płaczące bez powodu (to znaczy z nieznanego i niezrozumiałego dla nas powodu) pociechy!

Dobra, przecież nie będę kłamać, że moje włosy są takie piękne, bo takie mam geny. Znamy się już trochę i wiecie dobrze, że mam z nimi kłopot, a jednak wciąż nie potrafię ich ściąć... I tak też szukam pomocy wśród różnych dostępnych kosmetyków, bo nie ukrywam, że nie chce mi się nawet nic specjalnego tworzyć samodzielnie - takie lenistwo umęczonej matki :P Jednak głęboko w to wierzę, że kiedyś przecież się to zmieni i w końcu będę mieć więcej czasu dla siebie, a co za tym idzie, na jakieś DIY kosmetyczne ;)

Z pomocą tym razem przychodzi do mnie WELLA i jej LONDA ;) Kiedyś tam w zeszłym roku braliśmy udział w konkursie #LondaLook (TUTAJ cała galeria i NASZA praca) i tym oto sposobem stałam się szczęśliwą posiadaczką szamponu i odżywki Londa Professionals z serii żółtej czyli Visible Repair!


Mówię specjalnie, że SZCZĘŚLIWĄ, bo to miła odmiana po namiętnym romansie z SEBASTIANEM, o którym pisałam Wam już TUTAJ wcześniej ;) (Choć nie ukrywam, że wciąż go ze sobą pod prysznic zabieram!).


Co Wam mogę powiedzieć o moim doświadczeniu z LONDA PROFESSIONALS VISIBLE REPAIR?


To co zaskoczyło mnie podczas mycia włosów to konsystencja produktów!


SZAMPON

Choć nie jest pianką, jest lekki jak pianka i podczas mycia włosów właśnie takie miałam wrażenie! To dość niesamowite doznanie, jeśli skupiacie się na myciu głowy tak jak ja ;) Pierwszy raz aż trzy razy sobie nim włosy umyłam - tak mi się to spodobało! Do tego taki delikatny zapach... Ja osobiście nie lubię, by moje szampony swym zapachem tłumiły zapach moich perfum. Lubię właśnie delikatne zapachy, które dają mi poczucie świeżości, a jednocześnie mnie nie przytłaczają. I taki jest właśnie ten szampon... Plus ta jego lekkość... Aż mnie dreszcze podniecenia przeszły na samo wspomnienie tych wspólnych chwil ;)


I czas na recenzję odżywki!

ODŻYWKA

Co ciekawe - jej konsystencja bardzo pozytywnie mnie zaskoczyła, bo bardzo przypomina mi moje doświadczenia z Sebastian Penetraitt! Włosy po nim nie sprawiały najmniejszego problemu, by dać się rozczesać. I do tego taki piękny, delikatny, pudrowy zapach... Taki z dzieciństwa... Już uwielbiam! Tutaj podobnie jak w przypadku olejowania czy maski Penetraitt nakładam foliowy czepek, aby uzyskać jeszcze lepsze efekty! Tak - wiem, że seksi to raczej nie jest, ale za takie jakie seksi są włoski później ;)

(No i widzicie ten odprysk?! To tak a propos tego czasu dla siebie :P)

Reasumując seria Londa Professional Visible Repair to para, z którą mogę zdradzić Sebastiana bez żalu. Jedyne, co mnie zabolało, to rozmiar - Sebastiana miałam akurat dużego, a Londy małe, przez co szybciej się skończyły... Niestety - im dłuższe włosy, tym nieco więcej kosmetyku schodzi :P





Zapraszamy też na nasz FANPAGE oraz konto na INSTAGRAMIE!

czwartek, 23 lutego 2017

O tym jak dałam się zrobić w konia maskarze...

Essence - maskara do rzęs


My kobiety, choćbyśmy nie wiem jak starały się sobie wmówić, że nie potrzebujemy kolejnej pary butów, piątej maskary, trzynastej czerwonej szminki, to kiedy tylko wyjdziemy na zakupy po masło, to i tak wrócimy z zakupów z masłem i... toną "potrzebnych" nam rzeczy!

Tak - moja srocza natura została zamroczona przez ciągłe siedzenie w domu z córką (nie to, że nie lubię, ale czasem człowiek chce się "odchamić") i kiedy tylko poszłam sama po to cholerne masło, to na moje nieszczęście obok było otwarte Hebe i co???

No i tam wlazłam i oczywiście nie wyszłam z pustymi rękami! Ja ledwo do domu doszłam! Ocknęłam się nieco przy kasie, bo mnie odrobinę na ziemię sprowadziła Pani kasująca moje "potrzebne" mi zakupy. Jednak coś mi podpowiadało, że przecież raz, nie zawsze, więc z uśmiechem podałam Pani kartę, przysięgając sobie w duchu, że to ostatni raz i wyczołgałam się z pełnymi torbami na zewnątrz.

Podczas robienia tych "potrzebnych" zakupów natknęłam się na taki przepiękny i jednocześnie sexsownie wyglądający tusz do rzęs marki essence.


Niestety nie było nigdzie testera... I SZKODA WŁAŚNIE, bo pewnie jakby był, to bym się tego konia zrobić nie dała! A tak to kupiłam kota w worku. Fakt - cena nie była wygórowana, ale opakowanie tuszu do rzęs zupełnie wyłączyło mój mózg i logiczne myślenie, które powinno wtedy krzyczeć, że za jakość się płaci!


No i cóż... Stało się! W momencie zakupu przed użyciem tuszu byłam szczęśliwą posiadaczką kolejnego, tym razem seksownie wyglądającego tuszu do rzęs w kolorze czarnym!
Jednak czar prysł po pierwszych testach...

Rozumiem, że siedzę głównie w domu, ale nie oznacza to, że moim marzeniem był wygląd pandy średnio już po dwóch godzinach od nałożenia tuszu... :(

Generalnie nie musiałam robić absolutnie nic, aby intensywna czerń maskary z moich górnych rzęs lądowała praktycznie w całości pod moje oczy, robiąc ze mnie średnio szczęśliwą pandę!

Oczywiście, nie chciałam jej skreślać tak od razu. Dałam jej dokładnie 5 szans i wszystkie kończyły się tak samo :(


Szczoteczka też pozostawia wiele do życzenia, bo nie rozczesuje rzęs, a raczej je ładnie zlepia w jeden pasek...

Strasznie mi z tym źle, bo bardzo mi się podoba zewnętrznie, jednak za nic w świecie nie nadaje się do użytku ;(

video


Zapraszamy też na nasz FANPAGE oraz konto na INSTAGRAMIE!


poniedziałek, 20 lutego 2017

Blizny - historia Twojego ciała

BLIZNY


Każdy z nas ma blizny.

Nie istnieje człowiek bez blizn.

Blizny mogą być wewnętrzne, mogą być zewnętrzne. Te wewnętrzne odciskają ślad głęboko w sercu, a te zewnętrzne znajdują się na Twoim ciele.

Dziś chcę poruszyć temat tych drugich, zewnętrznych blizn, które możesz akceptować i kochać, a możesz ich nie akceptować i chcieć się ich pozbyć.

Mam sporo blizn na ciele.

Paradoksalnie bardzo lubię blizny. Jakoś nigdy z ich powodu nie miałam kompleksów. Dodają nieco tajemniczości. Ludzie często się zastanawiali skąd mam dość spore blizny na nosie... Każdy miał swoją wersję ;) A ja żadnej nie zaprzeczyłam, żadnej nie potwierdziłam ;) Jednak podobało mi się to!

Mam jednak pewne blizny, których bardzo mieć nie chciałam, a jednak je dostałam. Tak - w pakiecie. Od życia. Na początku był to dla mnie duży dramat. Chciałam się ich pozbyć! Czytałam, pytałam, nawet byłam na jednym zabiegu, który nieco poprawił ogólny wygląd blizn... Ale żeby się ich pozbyć w 80-90% takich zabiegów musiałabym wykonać z 5 co najmniej!

Niestety - drogie to zabiegi, a ja wtedy nie miałam odłożonych takich pieniędzy. Rozsądek wygrał z pragnieniem.

Czas upływał. Im dłużej zwlekam, tym zabiegi przyniosłyby mi mniej zadowalające efekty. Generalnie minął już ponad rok i w dużej mierze się do nich przekonałam.

Tak - piszę o rozstępach.

Tak - mam rozstępy na brzuchu po ciąży.

Tak - przyznaję się do tego otwarcie.

I tak - będę z nimi żyć!



Moje rozstępy to moja historia. Moje naturalne tatuaże. Tatuaże, które opowiadają historię pewnej kobiety, która została matką wspaniałej dziewczynki. Małej Laurki.

One są dla mnie ważne. I nie piszę w ten sposób, ponieważ nie było mnie stać na zabiegi. Może jakbym miała wówczas pieniądze - zdecydowałabym się na cały cykl. Ale nie miałam. Nie zrobiłam tego. I dziś się cieszę!


Tak - wiem, że mój brzuch nigdy nie będzie idealnie gładki (pokazywałam go już Wam i na IG i na FB, a nawet w poprzednim poście dot. płaskiego brzucha, tylko że nie zwracałam Waszej uwagi na nie). Jednak lubię go właśnie takim, jaki jest! Bo teraz jest wyjątkowy. Niesie pewien przekaz. Dla mnie ma jakby większą wartość.

Każda moja blizna to pewna historia i jestem z nich dumna.

Żadnej nie zrobiłam sobie sama, wszystkie otrzymałam od życia.

A jaki jest Wasz stosunek do blizn?



Zapraszamy też na nasz FANPAGE oraz konto na INSTAGRAMIE!

piątek, 17 lutego 2017

Brzuch po ciąży!

Brzuch po ciąży


W zeszłym roku sporo zamieszania wywołało to zdjęcie:


Zaczęły pojawiać się pytania jak ze 150 cm obwodu w czasie ciąży można wrócić do swoich ok.70 cm? I jeszcze do tego odzyskać zarys mięśni?

Generalnie nie jest to żądne "wow", bo z kontaktu z bardziej fit mamami wiem, że one taki efekt miały już nawet miesiąc po ciąży.

Jednak każda z nas jest inna. Każdej organizm inaczej tolerował ciążę. Moja ciąża była dla mnie dość ciężka do samego końca. Znacznie musiałam ograniczyć aktywność fizyczną, co bolało mnie strasznie! Ale mus, to mus! W końcu ciąża nie trwa wiecznie.


Później w czasie porodu małe komplikacje i niestety cc. Rana nie goiła się ani szybko, ani ładnie, choć obecnie wygląda dobrze ;) W konsekwencji ok. miesiąca po porodzie byłam bardziej leżąca niż chodząca. Równo przez 8 tygodni po porodzie nie miałam ani siły ani czasu na jakikolwiek trening. Byłam tylko na diecie matki karmiącej (choć i tak mieliśmy kolki, dopóki nie zmieniliśmy mleka - mała była dokarmiana raz dziennie butelką).

Po tym czasie, nie mogąc już dłużej patrzeć na siebie, postanowiłam mimo bólu spróbować wrócić do treningów. Nie było łatwo. Mięśnie zwiotczałe. Rana bolała. Ale powoli, z asekuracją starałam się ćwiczyć w miarę własnych sił.

Dokładnie 2 miesiące oraz 10 dni od porodu w końcu mogłam normalnie wykonać trening, bez bólu wokół rany! I wtedy zaczęłam regularny trening ;)


Do tego odpowiednia pielęgnacja skóry przy użyciu peelingów, olejków i bardzo nawilżających ampułek i kremów.

Moja domowa pielęgnacja polega na wymieszaniu łyżki olejku z kawą i cukrem. Taki domowy peeling nakładam na całe ciało i szoruję jeszcze specjalnymi rękawiczkami SPA.


Po takim handmade peelingu warto nawilżyć ciało olejkiem lub kremem nawilżającym ;)

Bardzo dobre są też masaże przy pomocy takiego rollera albo np. baniek chińskich - jak chcecie, mogę zrobić o tym osobny post ;)



Reasumując - każda z nas jest inna. Nie można się załamywać na początku swojej drogi. Trzeba uzbroić się w cierpliwość i po poprostu konsekwentnie działać. W ten sposób efekty po czasie pojawią się same!
Musimy coś dać od siebie, by coś zyskać - takie prawo sprawdza się w każdej dziedzinie życia ;)


P.S. 
Nie żyję na wodzie i sałacie. Uwielbiam zdrowy tryb życia, ale nie wystrzegam się cheat mealów w postaci ciast, chipsów, frytek czy innych pyszności <3 W końcu wszystko jest dla ludzi!


Zapraszamy też na nasz FANPAGE oraz konto na INSTAGRAMIE!

wtorek, 14 lutego 2017

NAMIĘTNOŚĆ MA SWOJE IMIĘ... SAUVAGE DIOR

Ciemniejsza strona Greya...

...króluje już w kinach i doprowadza do orgazmu niezliczoną ilość kobiet... To już kolejna ekranizacja trylogii E.L. James o Panu Grey... A ja wraz z Łukaszem dłuższy czas pracowałam nad szczegółową recenzją zapachu od Diora...


Już wcześniej ukazał się dość szczątkowy post na temat zapachu Sauvage na naszym blogu (o TUTAJ).


Tym razem w związku z dwoma wydarzeniami jakimi są: premiera Ciemniejszej Strony Greya oraz oczywiście Walentynki przygotowaliśmy dla Was recenzję w postaci zdjęć. Za ich pomocą postaramy się Wam pokazać zapach męski, wobec którego sama nie potrafię przejść obojętnie...

Słowa jakie opisują ten zapach wg nas to:

  • namiętność
  • dzikość
  • porywczość
  • nieobliczalność
  • sensualność
  • podniecenie
  • dominacja
  • obietnica
  • zmysłowość

Zapraszamy do świata DIORA widzianymi naszymi oczami, w którym w te Walentynki rządki dzikość SAUVAGE oraz piosenka I don't wanna live forever...







P.S.
Inne nasze posty z Dior w roli głównej:



Zapraszamy też na nasz FANPAGE oraz konto na INSTAGRAMIE!